Wstrzemięźliwość seksualna, najczęściej wynikająca z decyzji o odłożeniu poczęcia i tym samym niewspółżycia w fazie płodnej. Trzeba dobrze przemyśleć relację małżonków w tym czasie. Z jednej strony pozostają oni w relacji intymnej, która naturalnie domaga się wyrazu cielesnego. Z drugiej – świadomie powstrzymują się od współżycia. To napięcie wymaga delikatnego balansowania między dwiema skrajnościami.   […]

Wstrzemięźliwość seksualna, najczęściej wynikająca z decyzji o odłożeniu poczęcia i tym samym niewspółżycia w fazie płodnej. Trzeba dobrze przemyśleć relację małżonków w tym czasie. Z jednej strony pozostają oni w relacji intymnej, która naturalnie domaga się wyrazu cielesnego. Z drugiej – świadomie powstrzymują się od współżycia. To napięcie wymaga delikatnego balansowania między dwiema skrajnościami.

 

Pułapka zbyt wielkiej bliskości i zbyt wielkiego dystansu

Pierwsza skrajność to nadmierna aktywność seksualna poprzez różne formy zaspokojenia seksualnego bez podejmowania penetracji. Druga skrajność to radykalny dystans i unikanie kontaktu cielesnego.

 

Zbyt duża aktywność seksualna 

Małżonkowie, zamiast czekać na pełne zjednoczenie, bardzo często decydują się na aktywność seksualną bez penetracji. Co kilka dni, czasem codziennie, sięgają po intensywne pieszczoty prowadzące do orgazmu. Traktują to jako rozwiązanie problemu wstrzemięźliwości: unikając ryzyka poczęcia, jednocześnie zaspokajają pragnienie bliskości. Częste rozładowywanie napięcia seksualnego poza pełnym aktem tworzy w mózgu nowe szlaki neuronalne. Układ nagrody, który powinien wiązać przyjemność z pełnym zjednoczeniem, zostaje przekierowany na łatwiejszy cel. Mózg uczy się, że satysfakcja jest osiągalna bez oczekiwania, bez tego wyjątkowego otwarcia na drugiego, jakie daje współżycie seksualne rozumiane jako penetracja. Z czasem zdolność do czekania na gratyfikację słabnie. Człowiek uczy się szybko zaspakajać swoje potrzeby. Mechanizm działa subtelnie, ale nieuchronnie – sieci neuronowe łączą się w nowy sposób sprawiając, że nawyk zaczyna regulować zachowanie. Szybka gratyfikacja staje się najważniejsza a wartość pełnego aktu seksualnego przestaje być zrozumiała. Neurobiologia zaczyna dominować nad więzią wymagającą realizowania wartości i przeżywania uczyć wyższych.  Paradoksalnie, im częściej małżonkowie sięgają po pieszczoty, tym mniej spełniające stają się te doświadczenia. Coś, co miało łagodzić napięcie, zaczyna je potęgować.

 

Tomasz i Agnieszka przez pierwsze pół roku stosowania naturalnych metod wypracowali własną strategię. Co dwa, trzy dni w okresie płodnym sięgali po intensywne pieszczoty. Uznali, że to mądre rozwiązanie – nie było ryzyka ciąży, a jednocześnie czuli się blisko. Po roku Tomasz zauważył, że nie potrafi już spokojnie czekać na okres niepłodny. Napięcie rosło z każdym dniem, myśli krążyły wokół seksu niemal obsesyjnie. Agnieszka z kolei przestała odczuwać pełną satysfakcję. Po każdym takim zbliżeniu pozostawało w niej dziwne uczucie niedosytu, jakby coś nie zostało dokończone. Zaczęła unikać męża nie dlatego, że się rozbudzała, ale dlatego, że zmęczyła się tym ciągłym half-time. Ich relacja nabrała charakteru uzależnienia – ciągłe sięganie po ulgę, która nigdy nie przynosiła prawdziwego spokoju.

 

zbyt duże oddalenie od siebie 

Niektórzy małżonkowie, z obawy przed rozbudzeniem i potencjalnym grzechem, rezygnują z bliskości niemal całkowicie. Siła do zachowania wstrzemięźliwości płynie wtedy nie z miłości, ale z lęku przed pobudzeniem. Im większy lęk, tym większa surowość moralna i dystans. Życie we dwoje staje się smutne i puste. Małżonkowie unikają się, bywa, że śpią osobno, rezygnują nawet z pocałunków, nawet z czułości, obawiając się, że każdy gest może uruchomić lawinę rozbudzenia. Taka sztywność pozbawia więź serdeczności i ciepła. Związek staje się chłodny, a współmałżonek może odczytać ten dystans jako brak zainteresowania czy wręcz niechęć do niego. Niektóre osoby usprawiedliwiają to błędnie rozumianą nauką Kościoła. Konsekwencje takiego podejścia ujawniają się z czasem. Trudno nagle przejść ze sztywności i lęku w ufność i otwartość. Nie da się włączyć bliskości jak światła, jeśli przez większość czasu utrzymywało się ją w mroku. Ciało i psychika mają swoją pamięć – nie zapominają szybko nawyku ucieczki.

 

Teresa od kilku miesięcy stosuje metodę rozpoznawania płodności. W okresach płodnych stara się unikać jakiejkolwiek czułości z mężem – nie całuje go, nie przytula, śpi w osobnym pokoju. Marek początkowo rozumie jej obawy, ale z czasem czuje się coraz bardziej samotny. Brakuje mu nie tyle samego współżycia, ile zwykłej bliskości – tych codziennych gestów, które potwierdzają, że są razem. Teresa natomiast odkrywa, że w okresie niepłodnym, gdy już może współżyć seksualnie, trudno jej nagle przejść ze sztywności w spontaniczność.

 

Ideałem nie jest ani pełna swoboda seksualna, ani odseksualizowanie związku. Małżonkowie muszą nauczyć się kochać w sposób właściwy dla małżeństwa, nawet bez współżycia. Skoro nie mogą się zjednoczyć seksualnie, tym bardziej potrzebują gestów potwierdzających, że się pragną, tęsknią za sobą i chcą się sobie oddać. Te gesty przybierają różne formy. Jest to czas poświęcony drugiemu człowiekowi – wspólne rozmowy, posiłki, drobne znaki pamięci. Jest to wzajemna troska – mąż odciążający zmęczoną żonę w opiece nad dziećmi, żona doceniająca wysiłek męża w zachowaniu wstrzemięźliwości. Jest to wreszcie czułość fizyczna – dotyki, objęcia, przytulenia, pocałunki, czułe słowa. Te gesty różnią się zasadniczo od pieszczot mających na celu szybkie rozbudzenie. Są raczej uspokajające, budujące więź, potwierdzające obecność. Okres oczekiwania jest czasem zalotów i pogłębiania przyjaźni. Tylko odkrycie innych niż seks form wyrazu miłości pozwala na psychiczne i duchowe wzbogacenie więzi.

 

Marek i Anna od dwóch lat stosują naturalną metodę planowania rodziny. Początkowo ich głównym problemem było to, że niemal całe życie emocjonalne koncentrowało się wokół pytania: czy dziś możemy, czy nie możemy? W okresach płodnych byli jak dwa magnesy odpychające się od siebie. Stopniowo nauczyli się inaczej. Anna odkryła, że potrzebuje czułości właśnie wtedy, gdy biologicznie jest najbardziej gotowa do poczęcia. Marek zrozumiał, że jego żonie nie chodzi o seks, ale o poczucie, że mąż ją pragnie. Zaczęli więcej rozmawiać wieczorami, przytulać się bez celu i planu. Te gesty nie prowadziły nigdzie dalej, ale tworzyły rodzaj mostów między nimi – potwierdzały, że są razem, nawet gdy muszą poczekać.

 

Natura rządzi się swoimi prawami. Kobiety w tym czasie są biologicznie bardziej gotowe do współżycia i szybciej się rozbudzają. Mężczyźni wyczuwają gotowość kobiet do życia seksualnego. Jeżeli nie można podjąć współżycia seksualnego, czułość i bliskość cielesna są więc konieczną odpowiedzią na pragnienie zapisane w ciele. Postulując więcej czułości nie można zapominać, że mechanizm pobudzenia seksualnego ma swoją własną logikę. Myśli i pragnienia łatwo przeradzają się w reakcję fizjologiczną, która rozwija się według własnego rytmu. Trudno precyzyjnie odróżnić, co jest naturalnym popędem niezależnym od świadomej decyzji rozbudzania się, a co wynika z celowego dążenia do przyjemności.

 

Biologizacja aktywności seksualnej

Seksualność człowieka angażuje różne warstwy jego egzystencji – od biologicznej i neurobiologicznej, przez nieświadome struktury poznawcze, aż po świadomą wolę i duchowy wymiar osoby. Problem pojawia się wtedy, gdy aktywność seksualna zostaje zdominowana przez najniższe z tych warstw. Gdy kierują nią przede wszystkim hormony, automatyczne reakcje układu nerwowego czy nieświadome wzorce wyuczone w przeszłości, człowiek traci kontrolę nad swoim działaniem. Pojawia się wtedy spłycenie relacji seksualnej, które można nazwać biologizacją seksualności.

 

Jan zauważa, że w ostatnich miesiącach jego reakcje seksualne stały się niemal automatyczne. Wystarczy dotyk żony, pewien zapach czy nawet tylko myśl, by natychmiast pojawił się silny impuls. W takich momentach czuje, jakby przestał panować nad sobą – ciało działa według własnego programu, a on tylko za nim podąża. Czasami, gdy to się kończy, zostaje w nim dziwne uczucie pustki. Wie, że coś ważnego zostało pominięte, ale nie potrafi powiedzieć co. Dopiero rozmowa z żoną pomaga mu zrozumieć, że gdy pozwala ciału prowadzić, traci kontakt z nią jako osobą. Widzi wtedy tylko swoje napięcie i jego rozładowanie, ale nie widzi jej – jej oczu, jej obecności, tego, co dzieje się między nimi.

 

Biologizacja seksualności nie oznacza, że reakcje biologiczne są złe same w sobie. Są naturalną częścią ludzkiej konstytucji. Problem leży w ich dominacji nad całością doświadczenia. Gdy niższe warstwy przejmują pełną kontrolę, wyższe wymiary osoby – świadoma miłość, wzajemne oddanie, duchowa więź – zostają zepchnięte na margines. Seksualność staje się wtedy czymś, co dzieje się człowiekowi, a nie czymś, co człowiek świadomie czyni.

 

Pełny akt małżeński jako punkt odniesienia

Zrozumienie etycznego wymiaru różnych form bliskości w okresie płodnym wymaga najpierw jasnego określenia punktu odniesienia. Tym punktem jest pełny akt małżeński – współżycie z penetracją, które dla par nieplanujących dzieci jest możliwe w fazach niepłodnych. Takie współżycie daje możliwość największego doświadczenia bycia razem, całkowitego oddania się sobie i duchowego zjednoczenia otwartego na obecność Boga.

W świetle tego doświadczenia inne formy aktywności seksualnej nie dają doświadczenia największej bliskości, także duchowej. Mogą być oceniane pozytywnie jako chwile piękne, będące wyrazem troski o współmałżonka. Jednak jakość odnowienia więzi jest słabsza niż pełne zjednoczenie. Małżonkowie potrafią rozpoznać, że pełny akt małżeński oferuje im coś, czego nie mogą osiągnąć w żadnej innej formie bliskości. Powiązanie największej wartości seksu z pełnym aktem seksualnym wypływa z doświadczenia kochających się małżonków. Gdy małżonkowie przywołują swoje najpiękniejsze przeżycia seksualne – najbardziej więziotwórcze i całościowo angażujące – zawsze myślą o pełnym akcie małżeńskim. To w nim znajdują szczyt swojej wzajemnej więzi, moment, w którym ich ciała, umysły i dusze spotykają się w najgłębszej możliwej jedności.

 

Spektrum między zjednoczeniem a samotnością

Jeżeli umieścimy różne formy aktywności seksualnej na spektrum doświadczeń, na jednym krańcu znajdzie się współżycie rozumiane jako zjednoczenie się małżonków w pełnym akcie seksualnym, który daje możliwość cielesnej bliskości, emocjonalnej więzi i duchowej komunii tworzących integralną całość. Na drugim krańcu byłaby masturbacja – seks z samym sobą, gdzie człowiek skupia się wyłącznie na własnych doznaniach, nie tworzący żadnej relacji z drugą osobą.

Między tymi dwoma biegunami rozciąga się spektrum przeżyć obejmujące różne formy bliskości i oddalenia, duchowych pragnień i reakcji biologicznych. Silnie rozbudzające pieszczoty nie są ani szczytem możliwych przeżyć, ani doliną samotności, lecz znajdują się gdzieś pomiędzy. Dla niektórych par pieszczoty stanowią punkt bliski szczytowi – są głębokim wyrazem wzajemnej miłości, który zbliża ich do pełni jedności. Inni czują, że znajdują się bliżej doliny – dla nich stają się głównie sposobem zaspokojenia własnych potrzeb w poczuciu oddalenia od współmałżonka.

Byciu pomiędzy pozwala zrozumieć, że petting czy inne formy aktywności seksualnej nie stanowią wzorca okazywania sobie miłości przez seksualność, ponieważ nie niosą w sobie takiej głębi, jaka jest możliwa do wyrażenia tylko poprzez pełne zjednoczenie. Małżonkowie pozostają wprawdzie razem, ale jednocześnie jakby obok siebie. Akcent przesuwa się z przeżycia wyjątkowej więzi ku samej atrakcyjności doznania seksualnego. Nie zmienia, to faktu, że są one zawsze jakąś wartością, czasami większą, czasami mniejszą. Nie można wpaść w przesadę i powiedzieć, że nie niosą one żadnej wartości, a więc są z definicji złem i siłą rzeczy grzechem. Właśnie dlatego, że są obiektywnie wartością, tylko mniejszą od pełnego aktu seksualnego (subiektywnie może się ludziom różnie wydawać) umieszczamy je na skali spektrum między seksem, który zawsze będzie poza więzią a seksem będącym szansą na najgłębszą więź.

 

Karol i Zofia po kilku latach stosowania naturalnych metod nauczyli się rozróżniać te różnice. Czasami ich pełne zaangażowania pieszczoty w okresie płodnym sprawiały, że czuli się bardzo kochani. Innym razem jednak te same pieszczoty kończyły się szybkim rozładowaniem napięcia. Potem leżeli obok siebie w ciszy, ale to nie była cisza bliskości – raczej cisza rozczarowania. Karol czuł się, jakby użył ciała Zofii do własnej ulgi. Zofia miała wrażenie, że została przy nim, ale nie z nim. Z czasem nauczyli się rozpoznawać, kiedy ich czułość, intymność i rozbudzenie prowadzą ku rzeczywistej bliskości, a kiedy staje się jakby mechanicznym zaspokojeniem. 

 

Zasady, reguły i normy w seksualności małżeńskiej

Człowiek w życiu wspólnotowym kieruje się w zawsze zasadami, regułami i normami. Choć często używamy tych słów zamiennie, oznaczają one coś odmiennego, a rozróżnienie między nimi pomaga zrozumieć moralną ocenę zachowań seksualnych.

Zasady w ogólny sposób wskazują jak mamy tworzyć relację,  pozostawiając jednak swobodę wyboru konkretnych zachowań. Ich uniwersalny i elastyczny charakter odwołuje się do fundamentalnych wartości takich jak uczciwość, sprawiedliwość czy wzajemny szacunek. Zasada stanowi punkt odniesienia, który daje przestrzeń na indywidualną interpretację zależną od kontekstu. W sferze seksualnej taką zasadą jest stwierdzenie, że seksualność ma wyrażać np. miłość, szacunek, oddanie i troskę o współmałżonka.

Reguły są już bardziej precyzyjne. Są instrukcjami pokazującymi kiedy małżonkowie będą czuli się kochani i szanowani. Podobnie jak przepis kulinarny, wymagają zachowania określonej kolejności działań i proporcji składników. Małżonkowie ustalają sobie kto i kiedy będzie sprzątał, gotował, odbierze dziecko z przedszkola, aby nie spóźniać się na obiad. Są ustalonymi planami jak każdy powinien postępować. Zmniejszają niepewność, zapewniając przewidywalność rezultatów w złożonej sieci więzi. Przekładając na sferę seksualną takimi regułami byłaby respektowanie innej dynamiki rozbudzania się mężczyzny i kobiety, ustalanie sobie częstotliwości współżycia. Taką reguła jest także to, że naturalna dynamika rozbudzenia zmierza do zjednoczenia się w akcie małżeńskim.

Normy wyznaczające obszar dopuszczalnych zachowań. Mogą mieć charakter formalny, jak przepisy prawa, lub nieformalny, jak zwyczaje czy zasady etykiety, których przekroczenie jest napiętnowane w społeczności. Budują spójność i stabilność małżeństwa, jasno określając co jest właściwe, a co wykracza poza akceptowane granice. Co jest dobre a co złe. Taką normą jest przykazanie nie cudzołóż czy zasada, by nie ingerować w cykl płodności w celu pozbawienia się płodności. Najczęściej są sformułowane negatywnie, aby jasno określić granicę poza którą zaczyna się zło.

 

Fałszywe normy moralne 

Pierwszą rzeczą jest dostrzeżenie, że nie podjęcie pełnego aktu seksualnego jest złamaniem reguły a nie normy. Wskazanie, aby starać się dążyć do pełnego aktu seksualnego nie jest normą w podanym rozumieniu, ale regułą, która opisuje proces naturalnej dynamiki współżycia seksualnego i więź, jaką ono buduje. Nie przestrzeganie tej reguły może się zdarzać, nie oznacza automatycznie zła i grzechu, w niektórych sytuacjach może skłócić małżonków, w nadmiarze zaszkodzić, ale jako nie norma nie jest z góry sankcjonowane karą moralną. Porównujac do jazdy samochodem złamaniem normy byłoby wjechanie na skrzyżowanie na czerwonym świetle, a złamaniem reguły ścinanie zakrętów jazdą po lewym pasie.

Uznanie, że silno rozbudzające pieszczoty są złamaniem normy, która zawsze wymaga sankcji oznaczałoby konieczność ustalenia nieprzekraczalnej granicy między złem a dobrem, a tym samym ustalenie normy negatywnej pokazującej gdzie jest już obiektywne zło szkodzące małżonkom. Tak norma nie istnieje. Ludzka skłonność do normowania wszystkiego, aby jasno wiedzieć do wolno a co nie, prowadzi do przeregulowania. Pojawiają się normy nieprawdziwe, zbyt szczegółowe, żle oznaczające granicę między dobrem a złem. Zamiast pomagać budować więź szkodzą jej, wywołują lęki i blokują spontaniczność miłości.

Przykładem takiej fałszywej normy jest twierdzenie: nie wolno się rozbudzić do orgazmu a jego osiągnięcie oznacza zło moralne odczytane osobiście jako grzech. Moralność zostaje sprowadzona do oceny reakcji ciała i to jeszcze w sferze, w której te reakcje bywają szybkie i silne. Aby taką normę zachować małżonkowie skupiają się na ciele i jego reakcjach. Inną sztucznie ustaloną  granicą bywa zakaz zbyt bliskiego przybliżania się do siebie, aby się nie rozbudzić. Małżonkowie biorący ją na serio musieliby bać się leżeć obok siebie, przytulać się, całować a tym bardziej pieścić co przecież powinno być naturalne dla dwojga ludzi dzielących wspólne łoże. Podobnie fałszywa jest norma: nie wolno się zbyt długo przytulać, aby się nie rozbudzić. Wymaga ona wewnętrznego stopera – trzeba czuwać nad czasem, aby zdążyć się szybko odsunąć, zanim ciało zareaguje. Te wymyślone normy, w różnej perspektyw pilnujące, aby nie doszło do nadmiernego rozbudzenia, zamieniają cielesną bliskość i emocjonalną tęsknotę, w pole minowe,  gdzie każdy krok może prowadzić do eksplozji grzechu. Zamiast budować zaufanie, sieją paraliżujący lęk.

 

Ocena moralna silno rozbudzających pieszczot 

Wzajemne przytulanie się, konieczne dla dobrej więzi i związane z nim  zawsze możliwe rozbudzenie się nie może być sankcjonowane. Nie da się od górnie ustalić, która pieszczota jest jeszcze dopuszczalna, a która przekracza granicę. Ciało i psychika reaguje według własnej chemii – hormony, neurony, automatyczne odpowiedzi układu współczulnego nie pytają o pozwolenie. Próba mikroskopijnego zarządzania każdym gestem prowadzi do paraliżu i utraty spontaniczności, która jest solą małżeńskiej bliskości. Małżonkowie muszą koniecznie się przytulać do siebie, przeżywać intymność, pragnąć być razem seksualnie i wyrażać to słowami oraz gestami. Bliskość cielesna jest bardzo ważnym elementem więzi i pozostaje konieczna dla szczęścia małżeńskiego. Zawsze istnieje możliwość, że małżonkowie się silnej rozbudzą a pragnienie jeszcze większej przyjemności i bliskości emocjonalnej będzie skutecznie podtrzymywane przez dopaminę. Jest bardzo trudno, o ile jest to możliwe, określić, na ile pragnie się przyjemności w wyniku wystrzału hormonów, a na ile jest w tym decyzja woli.

 

Piotr i Magdalena po kilku latach małżeństwa odkryli, że ich ciała reagują na siebie bardzo intensywnie. Czasami wystarczyło dłuższe przytulenie w okresie płodnym, by oboje poczuli silne pobudzenie. Na początku przeżywali to z lękiem, jakby zrobili coś złego. Dopiero wspólna rozmowa z doświadczonym doradcą pomogła im zrozumieć, że ich zadaniem nie jest sterylne unikanie jakiejkolwiek przyjemności, ale uczenie się rozróżniania – kiedy bliskość cielesna buduje ich więź, a kiedy staje się tylko sposobem na rozładowanie napięcia. 

 

Odwołanie się do dynamiki rozbudzenia, która naturalnie prowadzi do pełnego aktu seksualnego traktowanej jako reguła jest podobne do korzystania z kompasu, wskazującego północ i pomagającego wyznaczyć dobry i bezpieczny kierunek drogi. Przekuwa się ona na zachęcanie małżeństw do czekania na możliwość pełnego aktu seksualnego, która pojawi się dopiero u kresu drogi, gdy cykl płodności wejdzie w fazę niepłodną. Warto starać się czekać na największe dobro i motywować się do tego. Podjęcie wstrzemięźliwości jest pierwszy zadaniem małżonków. Gdy jednak małżonkowie nie będą potrafili czekać i podejmą, nawet w pełni świadomie, silno rozbudzające pieszczoty, granica między łaską a grzechem przebiega w ich sercach, a więc w ich świecie wewnętrznym, gdzie formuje się intencja i decyzja. Ta decyzja tworzy ich więź albo ją osłabia.

Gdy małżonkowie nie zachowują reguły, czy dynamiki prowadzącej do zjednoczenia seksualnego,  obserwować owoce takich decyzji – jak wpływa na mnie, na współmałżonka i naszą wzajemną relację. Tak jak w każdej sferze życia, także w intymnej relacji, może pojawić się zło.  Może pojawić się wraz ze zmianą wewnętrznego nastawienia, które przyśpieszy biologizację więzi seksualnej. Gdy pieszczoty stają się regularną strategią zastępczą, gdy małżonkowie wybierają je systematycznie jako wygodniejszą alternatywę dla czekania, wtedy zaczynają się pojawiać owoce nieporządku. Można czuć się instrumentalnie używanym albo czuć, że traci się panowanie nad swoją seksualnością.  Widzisz się dominację niższych warstw nad wyższymi, to systematyczne wybieranie łatwiejszej drogi, ta ucieczka od czekania – stanowi właściwą materię moralnego nieporządku.

Adam i Ewa po roku stosowania naturalnych metod wypracowali pewien schemat. W okresach płodnych sięgali po silne pieszczoty, które zawsze kończyły się orgazmem. Nie było to okazjonalne potknięcie, ale świadomy plan – uznali, że tak będzie im łatwiej. Z czasem Adam zauważył, że czeka na te okresy z pewnym napięciem, jakby liczył na coś, co wie, że dostanie. Przestał myśleć o Ewie jako o kobiecie, z którą dzieli życie, a bardziej jako o źródle zaspokojenia. Ewa z kolei poczuła, że coś w niej gaśnie. Nie potrafiła nazwać tego uczucia, ale po każdym takim zbliżeniu pozostawała z wrażeniem, że coś ważnego zostało pominięte. Czuła się potrzebna, ale nie kochana. Używana, ale nie upragniona jako osoba. Dopiero szczera rozmowa pomogła im zrozumieć, że stworzyli sobie substytut, który zaczął wypierać rzeczywistą bliskość.

 

Szukanie równowagi między tożsamością każdego z nich a relacją prowadzącą do zbliżenia 

Małżonkowie stoją przed wyzwaniem znalezienia równowagi między zachowaniem własnej tożsamości – bycia sobą, a tworzenia relacji, która wymaga wyjścia ku drugiemu – bycia dla. Jest to możliwe, ponieważ tożsamość człowieka nie może rozwijać się bez relacji – bycie sobą dla. Poruszanie się między bliskością a oddaleniem, czułością a zmysłowością, wstrzemięźliwością seksualną a aktywnością, miłosną bliskością a egoistycznym używaniem, jest trudne, i wymaga nauki. Przypomina chodzenie po linie, która przebiega w sercu małżonków. Sami muszą poprzez budowanie własnej tożsamości i troskę o relację, we wzajemnym dialogu, odkryć drogę wstrzemięźliwości seksualnej, która nie popada w skrajne napięcia. Lini tej nie można precyzyjnie wyznaczyć, jeżeli chce się budować zdrową relację, ale też nie można powiedzieć, że ona nie istnieje, że wszystko co się będzie działało w intymności małżonków, zawsze będzie dobre i będzie służyło więzi małżeńskiej. Małżonkowie powinni szukać swojej drogi, pamiętając o kierunku, nie rezygnując z wysiłku czekania na współżycie, ale też nie popadając w skrajne rozwiązania, które im zaszkodzą. Ta przestrzeń życia małżeńskiego wymaga szczególnej delikatności w podejściu do siebie jak i w ocenie moralnej.

Pytania do rozmowy między małżonkami

1. Czy w okresach wstrzemięźliwości czujemy się bliżej siebie, czy raczej bardziej oddaleni? Co konkretnie sprawia, że dystans między nami rośnie lub maleje?

2. Jakie formy czułości pomagają nam poczuć się blisko, nie prowadząc jednocześnie do nadmiernego pobudzenia? Czy rozmawiamy o tym otwarcie, czy raczej każde z nas domyśla się samodzielnie?

3. Czy zdarza nam się unikać jakiejkolwiek bliskości fizycznej z obawy przed rozbudzeniem? Jakie są długofalowe skutki takiego podejścia dla naszej więzi?

4. Kiedy nasza intymność staje się mechanicznym zaspokojeniem napięcia, a kiedy prawdziwym wyrazem miłości? Jak rozpoznajemy tę różnicę?

5. Jak oceniamy silno rozbudzające pieszczoty w okresach wstrzemięźliwości – czy pozwalają one zachować naszą tożsamość i bliską relację czy może oddalają od siebie i rodzą sprzeciw wewnętrzny? Kiedy potrafimy zachować równowagę między tożsamością a relacją?

 

Ksawery Knotz OFM Cap